piątek, 14 kwietnia 2017

7*7

7*7


Wiersza piszę nowego,
Siedmiosylabowego.
Nie przykryję się pledem,
Lecz siedem razy siedem
To dziewięć i czterdzieści.
Tyle zgłosek wiersz mieści.
Chyba dobre to wieści.

Ruskie

Ruskie


Zjadłbym se ruskich pierogów,
Bo to strawa godna bogów.
Chyba nie było soboty,
Że nie miałem nań ochoty.
Jeść je można, cóż, bez końca,
W każdy jeden dzień miesiąca.
To jasne jak sto dwa słońca.

Kwas chlebowy

Kwas chlebowy


Ja uwielbiam kwas chlebowy!
Bardzo smaczny jest i zdrowy.
Kocham jego aromaty.
Nań pieniądze to nie straty.
Polepsza samopoczucie.
Wzmacnia też w kończynach czucie.
To remedium doskonałe
Na problemy duże, małe.
On, pomimo wszelkich trudów,
Dokonuje wielkich cudów.
On nie dzieli, tylko łączy.
Wyrywa z marazmu pnączy.
Najlepiej w upale schładza.
Życie choć trochę osładza.
Pobudza i inspiruje.
Czasem z rąk do rąk wędruje.
Zwykle w sklepie poszukuję,
Lecz nie zawsze go znajduję.
To jest płyn brązowozłoty,
Do którego mam ciągoty.
Ukryć ich nie jestem w stanie.
Więcej wersów chciałbyś panie?
Dwajścia trzy niech ich zostanie.

Motyl

Motyl


Lata zgrabnie nad kwiatami,
Poi się ich nektarami,
By mieć siły, by swe życie
Krótkie spędzić należycie.

Gąsienicą był niezgrabną,
Teraz istotą powabną.
Piękny i filigranowy,
Lecz na swój kres już gotowy.

Zachwyca swymi skrzydłami,
Upięknionymi barwami
Żółci, bieli bądź błękitu
Jak przemieniony bóg z mitu.

Jak przysiądzie, zaraz leci.
Nie wytrzyma sam zamieci.
On jest taki delikatny,
Jednak do swej roli zdatny.

Przysiada z siłą dotknięcia
Pocałunku niemowlęcia.
Nie używa żadnej siły,
Jest na pewno Bogu miły.

Jedynym celem żywota
Jest, by powstała zygota.
Gdy zostanie to zrobione,
Życie może być skończone.

Wszyscy nim się zachwycają
I go bardzo doceniają,
Bowiem w sposób górnolotny
Jest jak życie swe ulotny.

Życie

Życie


Moja pasja to nie szycie,
Ja marnuje swoje życie.
Czasem uskuteczniam rycie
W linoleumowej płycie.
Talerz czeka na umycie,
Lecz mam chęć na jego zbicie.
Uczycie się i uczycie,
Potem nic nie kojarzycie.
Nigdy nic nie rozumiecie,
Każdy z Was głupoty plecie.
Myślicie, że zwyciężycie,
Jednak okrutne jest życie.
Chociaż karty podmienicie,
Przeznaczenia nie zmienicie.
Choć o spełnieniu marzycie,
Szybko więdnie ludzkie życie.
Wszystkim grozi tu zabicie,
Nic nie chroni należycie.
Wszyscy życie swe stracicie,
Tak się właśnie kończy bycie.
Z dali słychać gradobicie.
Co chwila ktoś kończy życie.
Częste mycie skraca życie.
Czemu Bóg wymyślił tycie?
W nocy wilka słychać wycie.
Co jest warte moje bycie?
Szumią jodły na gór szczycie.
Bardzo nędzne wiodę życie.
Na tym świecie nadużycie
Inspiruje życia zbycie.
Co zawdzięczam Tobie, Sprycie,
To moich myśli ukrycie.
To szalone bardzo życie
Powoduje bani zrycie.

Pociąg

Pociąg


Jedziemy pociągiem do Brockley.
Najedliśmy się bardzo.
Zaraz wysiadamy.
Koniec.

DO

Panowie Pana P

Panowie Pana P


Pan profesor PPP
Polecił panom piękne
Porobić pakieciki.
Pompeczki, przysiadziki.
Powtórzeń parędziesiąt,
Precyzyjnie - pięćdziesiąt.
Potem powiedział Pan P:
"Pokazać proszę pandę!
Powstał problem, panowie!
Porwali pradziadowie,
Pozbawieni powodu,
Pandę podczas porodu.
Panowie, popróbować
Pandunie poratować!"

Panowie podnieceni,
Pocikiem pokropieni,
Podeszli powziąć prysznic,
Piękną paszczą popysznić.
Poszli pobić pradziadów
Przy pomocy propanów.
Pokonali palanty,
Poznajdywali pandy,
Panu P pokazali,
Piątki poprzybijali.
"Panowie, przecudownie
Podjęliście ponownie
Przedsięwzięcie podane.
Po prostu przeorane!"

Cyklista

Cyklista


Grudzień, czerwiec czy listopad,
Dobrze wiedząc, że jest opad,
Zimę mając w poważaniu
I dziękując parowaniu,
Efektem ponieważ jego
Jest suchość siodełka mego,
Energicznie pedałuję,
Samuraj tak podróżuje.
To coś bardzo przyjemnego,
Wiadomo, że oszczędnego
I dla zdrowia też dobrego,
A do tego i szybkiego.
Tak robią właśnie fajtery,
A więc przejdźcie na rowery!

Rycerz i smok

Rycerz i smok


Za górami, za lasami,
Przed wieloma stuleciami,
Żył raz rycerz z zasadami,
Co odznaczył się czynami
Chwalebnymi mniej lub bardziej,
Niezły z niego też był twardziel.
Znosił przeciwności losu
Niczym piękny kwiat lotosu.
Taki rycerz się nie dąsa
I codziennie goli wąsa,
Pakieciki robi pełne,
Nie owija też w bawełnę.
Chociaż herbu to on nie ma,
Czytuje "Solaris" Lema.

Raz wyruszył na wyprawę,
wziął ze sobą zacną strawę,
Butlę kwasu chlebowego
I ogórka kwaszonego.
Jechał na swej wiernej lamie,
Tej, co była w Yokohamie.
To wierzchowiec wyjątkowy,
Co na wszystko jest gotowy.
Pędzi bardzo, bardzo szybko
Niczym kot za złotą rybką
I przez ścieżki, i przez trakty,
Obok wielkiej katarakty.
Się przybliża z tempem burzy
Ku celowi swej podróży.

Misję miał do wykonania,
Rycerz uwielbiał wyzwania,
To zaś było najtrudniejsze:
Zgładzić bóstwo niegdysiejsze,
Złego smoka straszliwego,
Prastarego, potężnego,
Wrednego i złośliwego,
Na wskroś też niegodziwego.
Bestia terror uprawiała,
Wieśniaków nagabywała,
Sobie brała na wałówkę
Dosłownie każdą jałówkę,
Bezczelna, nawet do miasta
Podlatywała po ciasta.

Król, by władzę swą zachować,
Musiał wnet zareagować.
Więc ogłosił ogłoszenie:
"O smoka idzie zniszczenie!
Bydlę psuje naszą ziemię!
Bardzo ciężkie jest to brzemię!
Kto zabije mąciwodę,
Zainkasuje nagrodę,
Wielką bardzo złota górę,
Za żonę królewską córę!
Dzięki późniejszej sukcesji
Nadejdzie zmiana profesji!
To zadanie z letkiewicza
Może zrobić królewicza!"

Rycerz ogłoszenie owo
Dojrzał raczej przypadkowo.
Uruchomił wyobraźnię
I zobaczył piękne łaźnie,
Parki, wille i ogrody,
A także z królewną gody.
Droga oraz wyruszenie
To już tylko jest wspomnienie,
Teraz rycerz patrzy w oka
Zupy, którą je, by smoka
Z większą siłą atakować
I się w walce mniej stresować.
Wreszcie wchodzi do pieczary,
Monstrum biją z niej opary.

Rycerz nerwy ma ze stali
I, choć w grocie nieźlie wali,
Nasz bohater wytrzymuje,
Dalej jamę penetruje,
A tam dziwy nad dziwami,
Stropy ze stalaktytami,
Stalagmity, stalagnaty,
A na środku smok brzuchaty!
Stwór ten, tak bardzo leniwy,
Śpi se smacznie, niegodziwy,
Ciasta zacne złożył w koło,
Więc wiodło mu się wesoło.
Ze swoimi zapasami
Na dole mógł żyć latami.

Czyniąc taką obserwację,
Rycerz popadł w konsternację.
Czemu smok lata do miasta,
Skoro ma już liczne ciasta?
Dlaczego wsie ciągle pali,
Gdy dość dobra ma w swej sali?
Na co każda jest jałówka,
Gdy nie grozi mu głodówka?
Nasz bohater był ciekawy,
Na co smoku wszystkie strawy.
Chociaż się rozejrzał w koło,
Poczuł tylko jakieś zioło,
Które pewnie nałogowo
Potwór palił odstresowo.

Rycerz wypadł z zadumania,
Się przerwały rozmyślania
Dotyczące pożywienia,
Gdyż doszło do przebudzenia!
W czasie, gdy się smok przeciąga,
Rycerz z pochwy miecz wyciąga.
Stwór nie wiedział, co się stało,
Wtem go wraz zamurowało,
Gdyż oczami, spod swych powiek,
Dojrzał, że tu jakiś człowiek
Przyszedł pewnie go załatwić.
Nie chciał tego mu ułatwić.
Mając takie rozmyślania,
Smok przystąpił do działania.

Tak powiedział do rycerza:
"Panie, co pan tu zamierza?"
Rycerz zbity z pantałyku
Był, gdyż się spodziewał ryku.
Pragnąc poznać rozwój akcji,
Włączył się do konwersacji,
Odpowiedział bardzo szczerze:
"Zgładzić cię chcę, podłe zwierzę!
Jednak zaintrygowałeś
Mnie tym, że się zapytałeś.
Podstęp wietrzę jakiś, stworze,
Ty parszywy głodomorze!
Mów, potworze obrzydliwy,
Czemu jesteś niegodziwy!"

"Słuchaj no, człowieku mały.
Nikt z nas nie jest doskonały.
Cieszy rzeczy mnie niewiele,
Więc popalam czasem ziele,
Co rośnie na bagnach, które
Okalają tęże górę.
Po nim różne miewam wizje.
Zastępują telewizję.
Kiedyś dawniej dobrze żyłem,
Teraz bardzo się stoczyłem.
Zawżdy byłem jednym z bogów,
Teraz zaś mam samych wrogów.
Drzewiej wszyscy mnie wielbili,
nie, jak dziś, nienawidzili."

Rycerz był zniecierpliwiony,
Więc rzekł troszkę urażony:
"Choć twe słowa są ciut smutne,
Z sensem mów, bo ci coś utnę!
Rozumiem, żeś narkomanem,
Co pali już wczesnym ranem,
Lecz po co męczysz wieśniaków,
Tych nieszczęsnych nieboraków?
Czymże oni zawinili?
Cóż takiego ci zrobili?
To nie jest przecie ich wina,
Że dla nich miast złota glina.
Czy masz usprawiedliwienie
Na swoje chłopów męczenie?"

"To tylko zabawa taka,
Małe straszenie wieśniaka.
Nie jest on przeze mnie bity,
Z tej relacji ma profity,
Na obejście mam baczenie,
By nie stało się zniszczenie,
Chronię je przed bandytami
I przed groźnymi burzami.
Na pozór altruistyczny,
Powód jest egoistyczny.
Do zabawy ciut zwierzęcej
Chcę mieć chłopów jak najwięcej.
Że zrozumiesz mnie, ja wierzę,
Mój malutki bohaterze."

"Nie pochwalam, mości smoku,
Działalności tej na boku,
Acz przełknąć ją jakoś mogę,
Gdy na dobrą życia drogę
Przejść przysięgniesz mi, potworze.
Lecz czy bestia przysiąc może?
Nieważne! Nowe pytanie.
Chodzi o domów spalanie.
Czemu, strasząc nieboraków,
Pozbawiasz ich ich baraków?
Czemu chaty im podpalasz?
Czemu na to se pozwalasz?
To są przecie ludzie prości,
A ty im tak niszczysz włości!"

"Problem z gardłem był, niestety,
To chyba przez te kotlety,
Takie dziwne, te sojowe.
Choć podobno bardzo zdrowe,
Powodują odbijanie
I w efekcie podpalanie.
Pomyślałem se: O rety!
Odstawiłem te kotlety.
Teraz mi się nie odbija,
Ma wizyta nie zabija.
Ty masz stare wiadomości,
Gdyż już nie podpalam włości.
Bądź więc ukontentowany,
Bowiem problem rozwiązany!"

"Z wypowiedzi twej wnioskuję,
Że z wege właśnie obcuję.
Tylko wegan jest gotowy,
Aby kotlet zjeść sojowy.
Nie miły ci jest schabowy,
Czemu więc porywasz krowy?
Jaki to sens je porywać,
Kiedy nie chcesz ich spożywać?
Czy to dla jakiejś zabawy?
Czy jakiejś mroczniejszej sprawy?
Czy to są dla kogoś dary?
Dla mrocznych bogów ofiary?
Tajemnicze rytuały?
Czy spóźnione karnawały?"

"Jeśli chodzi o te krowy,
Nie zawracaj sobie głowy.
Ja zabieram je do chóru,
W którym jestem wielkim guru.
One są w nim dobrowolnie,
Któraś zechce, to ją zwolnię.
Tam krowy swój ryk muczący
Przekształcają w śpiew sycący
I, za sprawą wyuczenia,
Najpiękniejsze dają brzmienia.
Wielki chór to me marzenie,
A więc proszę uniżenie,
Miły mój i dobry panie,
Wybacz mi krów porywanie."

"Och, to zmienia postać rzeczy!
To ich wcale nie kaleczy.
Spełniają się artystycznie,
A konkretniej zaś muzycznie.
To czyn bardzo pożyteczny,
Pochwał godny, prospołeczny.
Królewskie błogosławieństwo
Załatwię, by społeczeństwo
Zabawić tymi krowami,
Wspaniałymi ich śpiewami.
Zmieniłem o tobie zdanie,
Lecz jeszcze jedno pytanie
Do ciebie we mnie narasta:
Czemu, smoku, kradniesz ciasta?"

"To kolejna słabość moja
Nie nęci mnie ni ozoja,
Ni czosnek, ni parmezany,
Ni omlety, ni szafrany,
Ni ryżu łyżka kopiasta.
Ja po prostu kocham ciasta!
I szarlotki, i serniki,
I korzenne te pierniki.
W każdej postaci je lubię.
Każdy okruszek wydłubię.
Dlatego do miasta latam,
Żadnych figli tam nie płatam.
Bez ciast ja nie wytrzymuję,
Więc je często translokuję."

"Dobrze, smoku, już rozumiem.
Z królem ja się porozumiem,
Zawrę z nim porozumienie,
Załatwię ułaskawienie.
Jednak obiecaj mi, smoku,
Że niezwłocznie, w ciągu roku,
Przejdziesz resocjalizację,
Coś tak jak reinkarnację.
Ranne serce się pozrasta,
Naucz się sam też piec ciasta.
Pójść na odwyk ci zalecam,
Bez ziela życie polecam.
Obdarz świat krów decybelem
I mym zostań przyjacielem!"

"Oczywiście, bardzo chętnie!
Bez przyjaźni było smętnie
W mym żywocie po upadku.
Ciut lepiej dzięki krów stadku.
Obiecuję swą poprawę!
Nauczę się tworzyć strawę!
Zawrę pokój z wieśniakami,
Poczciwymi chłopakami!
Dam im zapas antyperzu!
Dziękuję ci, mój rycerzu!
Dziękuję ci bardzo szczerze
I zapraszam na wieczerzę
Z ciast złożoną, to rzecz jasna,
A ciasta to jest rzecz krasna!"

Rycerz został na wieczerzę
Przypieczętować przymierze.
Rano wyruszył do miasta,
W którym przebywał dynasta.
Wytłumaczył sytuację.
Król mu zaraz przyznał rację.
Smoka wziął i ułaskawił,
Chórowi pobłogosławił.
Rycerz na życia osłodę
Dostał od władcy nagrodę,
Wielką, piękną złota górę,
Za żonę zaś króla córę.
Wesele było przeprzednie!
Wszystko przy nim szczerze blednie!

Smok na resocjalizację,
W tym też dewulgaryzację,
Udał się zaraz bezzwłocznie,
Kulinarię zaś pobocznie
Powziął zgłębiać sukcesywnie.
Czuł się bardzo pozytywnie.
Przecież miał już przyjaciela!
I to przecie nie menela,
Król rycerza zgodnie z prawem
Na herb pasował rękawem!
Teraz woj szlachetnym panem,
Herb przepełnion jest łopianem!
Później rycerz został nowym
Pierwszym Królem Łopianowym!
I przyjdzie po mnie się upomnieć
Piękny szyderca, który uśmierca.
Najpierw mnie zwodził,
Teraz przychodzi,
Każe odchodzić.
Z marazmu się zrywam,
Śmierci przybywaj!

DO

Tomeszowa Pasieka

Tomeszowa Pasieka


Za górami, za lasami,
W najcudowniejszej krainie,
Przepełnionej łopianami,
Tam, gdzie nic nigdy nie ginie,
Jest Tomeszowa Pasieka.
Tam pszczoły mają jak w niebie,
A wierny pies Tomka szczeka,
Tam dobroć przenika ziemię,
Kwiaty pachną najcudowniej.
Pszczółki łopian uwielbiając,
Doń latają bardzo zdolnie.
Przy okazji zapylając,
Nektar z sobą zabierają.
Wkrótce będzie już gotowy,
Ten co wszyscy już kochają,
Przepyszny miód łopianowy.
Tomesz zbierze go z ochotą,
Zna się dobrze na pszczelarstwie,
Wie, że miód to płynne złoto.
Nie przyłapiesz go na skąpstwie,
On sprzedawcą jest uczciwym,
Miód daje najtaniej w świecie,
Ale tylko tym godziwym.
Tak jest w Tomesza Pasiece.

Epitafium

Epitafium W TOBIE ODNALAZŁEM DRUHA BRACIE MÓJ NIE Z KRWI LECZ Z DUCHA DZIĘKI CI ZA WSPÓLNE CHWILE KTÓRE WCIĄŻ WSPOMINAM MILE BEZ TWOJE...